Sahara Ultra 111 – część 3: piekło nocą

IMG_0485_kleinOtchłań nocy. Biegnę w kompletnej samotności przez bezkres Sahary. Nade mną jej gwieździste niebo, a pod nim absolutna ciemność. Kilometry przede mną i kilometry za mną ani żywej duszy. Nie widzę i nie słyszę nikogo i tylko rozstawione przez organizatorów co 50m odblaski wyznaczają trasę w świetle czołówki. Wystarczy, że jeden się przewróci, albo skończy mi się bateria i jestem zgubiony.

Wkrótce docieram do obozu na kilometrze 65. Siadam na chwilę. Dostaję podgrzany w pośpiechu ryż, coś do picia. Zakładam drugi GPS, tankuję wodę do plecaka, uzupełniam jedzenie i żele energetyczne na resztę nocy. Masaż nie jest mi proponowany. I tak nie chcę tracić tu zbyt wiele czasu.

Po 15 minutach wyruszam w dalszą drogę. Obóz jest jakieś 200m od oznaczonej trasy zawodów. Do obozu łatwo było dotrzeć, bo jest oświetlony i widoczny z trasy. W drugą stronę to nie takie łatwe wśród wydm. Światło czołówki nie sięga tak daleko. Ktoś musi poprowadzić mnie quadem, jadąc przede mną, bym mógł bezpiecznie wrócić na trasę.

Włączam teraz muzykę Jamesa Hornera, z Avatara, która wprawia mnie w tajemniczy nastrój inspirujący do intensywnego doznawania otaczającej mnie scenerii nocy, rzucony z dala od świata, na środku pustkowia, w totalnej ciemności. Po prostu chcę odwrócić mą uwagę od narastającego zmęczenia, od bólu nóg nabrzmiałych od krwi, od ran na stopach, od kolana…trzeba przetrwać jak najdłużej, jeszcze cała noc katorgi przede mną. Muszę to jakoś wytrzymać i nie zwariować.

Nie wiem dlaczego, ale dźwięk Hornera zmienia moją ocenę sytuacji, punkt widzenia, interpretację wydarzeń. Zaczynam odczuwać głęboką wdzięczność za to czego doświadczam, tu na środku Sahary, u kresu sił, zdany tylko na siebie, dokonując w ciemności czegoś niezwykłego.

Kilometr 70. Pozostaje jakieś 41km, niecały maraton. To jest już dystans, który potrafię mentalnie ogarnąć.

Odcinkami próbuję biec, ale kompletne zmęczenie i unieruchomione od bólu kolano nie pozwalają mi pobiec zbyt daleko. Ogólnie czuję coraz większe wyczerpanie i zaczynam się dziwić, że w dalszym ciągu się poruszam, że jeszcze nie padłem. Zastanawiam się nad tym do czego zdolne jest ludzkie ciało, nad bezkresnymi pokładami możliwości, jakie w nas tkwią, i nad tym, że możemy mieć do nich dostęp, jeśli tylko naprawdę chcemy, albo jeśli zmusi nas do tego sytuacja i nie mamy innego wyjścia.

Zauważyłem parę mojego oddechu w świetle latarki. Czyżby było tak zimno? Ja tego nie czuję. Pytam się organizatorów. Oni założyli każdy po 3 kurtki. I rzeczywiście, kiedy zatrzymałem się na 80km na 2-3 minuty zacząłem odczuwać dotkliwy chłód. Poprosiłem organizatorów, żeby zorganizowali mi jakąś bluzę.

Koło 80km moje zmęczenie osiąga apogeum. Jestem w stanie już tylko się słaniać. Ledwo utrzymuję się na nogach. Nie jestem w stanie utrzymać zamierzonego tempa. Martwi mnie to bardzo. Słabnę w oczach. Co pewien czas organizatorzy podjeżdżają na kładzie, pytając się, czy wszystko ok. Walczę, ale tracę swój optymizm. A co będzie jak zrobi się jeszcze chłodniej i rozłoży mnie kryzys energetyczny?

Dochodzę do kilometra 90. Jest 1:30 w nocy, jeszcze 3,5 godziny do końca limitu. Coś zjem. Tu ma na mnie czekać jakaś bluza.

Jedyne co organizatorzy mogli mi załatwić to ortalion, który nie przepuszcza powietrza. Wypocę się w nim jak nic, ale zawsze to ochroni mnie choć trochę od zimna i wiatru. Nie ma co wybrzydzać tylko brać co jest.

Ale wydarzyło się coś dużo gorszego, coś co stawia pod znakiem zapytania wszystkie moje dotychczasowe wysiłki. Całe 18,5 godzin mojej drogi krzyżowej w bólu i nadzieji.

Davide z organizacji wyścigu: „Zdajesz sobie sprawę, że nie masz szans zmieścić się w limicie czasu?”

Ja: „Nie gra roli, będę walczył, aż dotrę do mety”

Davide: „Po 22 godzinach zamykamy wyścig.”

Ja: „Przecież pytałem się Ciebie na 40tym kilometrze, co będzie, jeśli będę katował się 22 godziny i nie zdążę. Powiedziałeś, że jesteście elastyczni.”

Davide: „Myślałem, że masz na myśli cut-off na 70ym kilometrze. Zresztą nieważne, będziesz o pół godziny, nawet godzinę spóźniony. Kilku ludzi poddało się, nie możemy robić dla Ciebie wyjątków.”

Ja: „Według moich obliczeń powinienem zdążyć.” Blefuję trochę. W rzeczywistości nie pozwoliłem umysłowi na obliczenia, bo czułem, że jestem pod kreską. Nie dopuszczałem do siebie myśli porażki, nie chciałem widzieć rzeczywistości.

Davide: „Zmierzyłem Ci czas na ostatnich 10km. W tym tempie nie masz najmniejszych szans.”

Ja: „Mój GPS pokazywał wyższą szybkość.” Pokazywał, ale w porywach…

Davide: „Nawet przy tej szybkości nie zmieścisz się w pozostałych 3,5 godzinach.”

Ja: „Jak się nie zmieszczę, to będę kontynuował, by poprostu dotrzeć do mety. Od was zależy, czy mnie zdyskwalifikujecie czy nie.”

Davide widzi, że nie żartuję, że mam zamiar tak długo walczyć, aż pokonam te 111km.

Davide: „O 5ej rano zamykamy trasę.”

Oznacza to zdjęcie oznaczeń z trasy, a bez nich orientacja nocą jest absolutnie niemożliwa. Próba ukończenia bez oznaczeń trasy to czyste samobójstwo. Zgubienie się na Saharze oznacza niechybną śmierć, biorąc pod uwagę, że potrzebowałem 1 litr wody na godzinę przebywania tam.

Nie ma co dyskutować i tracić czasu. Rzucam na odchodne: „Ale do 5ej rano mogę kontynuować. Przed 5tą nie macie prawa zdjąć mnie z trasy. Dopóki nie minęły 22 godziny, dopóki mam teoretyczne szanse zmieścić się w limicie, będe walczył.”

Ale wewnętrznie czuję jak się we mnie gotuje. Czuję złość, chcę obwiniać innych. Ale stwierdzam, że nie ma to sensu, w niczym to nie pomoże, a na pewno nie rozwiąże problemu.

Czuję masakryczne zmęczenie fizyczne. Ale w tym momencie czuję też absolutne zniechęcenie, beznadzieję, totalną rozpacz. Nie ma co się rozczulać. Trzeba trzeźwo przeanalizować opcje, które mi pozostały. A jedyną opcją, niewyobrażalną wobec mojego stanu fizycznego jest… bieg. Jeśli byłbym w stanie biec przez większą część pozostałych 21km, to mam szansę się zmieścić w czasie, ale jak to zrobić? Spróbuję…

Zrywam się do biegu. Robię jeden, krok, dwa, trzy, 10m, i rzeczywiście, wychodzi to całkiem, całkiem. 50m, 100m, 200m. Dziwię się, ale prę. Nie chcem myśleć jak to możliwe. Nie chcę teraz wogóle myśleć. Jeden kilometr, dwa, trzy. Wow!

Jest 93eci kilometr…i…zapada ciemność! Cholera, baterie w czołówce mi się wyczerpały. Nie widzę drogi przed sobą, nie widzę oznaczeń. Nie mogę zrobić nawet kroku nie potykając sie o nierówne podłoże, o biegu nie mówiąc. Mam baterie zapasowe, ale próbowaliście kiedyś włożyć 3 baterie do urządzenia elektrycznego po omacku? Kurcze, chciałem je zmienić na kilometrze 90 w świetle quada, ale szkoda mi było czasu. I co teraz? Czekać na Davide? Pewnie pojawi się za 30-60 minut, ale ja nie mogę pozwolić sobie na utratę dalszego czasu!

Nic, spróbuję je zmienić po ciemku. Jest ciemno jak u przysłowiowego murzyna. Nie widzę nawet swoich rąk. Muszę to zrobić na czucie. Najpierw wyjmuję stare baterie. Utykam je w przedniej kieszeni plecaka. Teraz sięgam po omacku po opakowanie nowych baterii w torebce z elektroniką z tyłu plecaka. Tak to one. Teraz bardzo uważnie trzeba je otworzyć, żeby nie powypadały, bo ich tu nigdy nie znajdę, w tym piasku, po omacku. Dobra, teraz wyczuć sprężynkę w rowku na baterie. Tam płaska strona baterii z tego co pamiętam. Teraz druga i trzecia. Zamykam klapkę. Włączam czołówkę i…nic! Ciemno! To koniec! Jak to nic? Może nie domknąłem? Może sprężynki się zagięły? A może…nie w tym kierunku? Chwila, może środkową baterię trzeba włożyć odwrotnie, nieraz tak jest. Robię to, uważając bardzo, żeby mi nic z ręki nie wypadło…Włączam jeszcze raz. Świeci! Uff! Cała akcja kosztowała mnie parę ładnych minut, ale teraz już nie powinno być żadnych przeszkód.

Biegnę dalej. Docieram do kilometra 100. Magiczna granica. Ostatni punkt z napojami. Bardziej oznajmiam niż pytam Davide: „I jak moje szanse?”. On: „Jak pobiegniesz jeszcze trochę to rzeczywiście masz szansę.” Ja: „Dobra, przejdę 1-2km i wtedy biegnę.” On: „Lepiej teraz pobiegnij, żeby Ci na koniec nie zabrakło” Ja: „Ok.”

I biegnę niemalże do końca. Potem 2-3 km słaniania się wężykiem i ostatni kilometr już w delirium, ostatkiem sił, biegiem. Docieram do mety o 4:30 nad ranem, pół godziny przed limitem, po około 21 godzinach i 30 minutach piekielnych zmagań, kompletnie wyczerpany, ale też bezgranicznie szczęśliwy.

Jest! Dobieglem! Dałem radę. Zrobiłem to! Pokonałem dystans 111 kilometrów! Poraz kolejny przesunąłem granice moich możliwości. Szybko medal, zdjęcie i do hotelu, by natychmiast wziąć prysznic i do łóżka, zanim dorwie mnie niż energetyczny i dreszcze.

DSC_1714_small

Kiedy wchodzę do hotelu odsłania się przede mną pełen wymiar masakry tego biegu: Hotelowe lobby przypomina oddział inensywnej terapii: reanimacje, kroplówki itd. itp. Kolega z niemiec, który w tym roku zrobił już 7 ironmanów leży nieprzytomny z dwoma kroplówkami, z suchym lodem pod pachami. Później okazuje się, że doznał udaru. Jego organizm totalnie się przegrzał od przebywania przez cały dzień w bezlitosnym słońcu Sahary. Po dobiegnieciu na metę stracił przytomność.

Podsumowanie

Okazuje się, że mimo topowej obsady imprezy, prawie POŁOWA uczestników nie ukończyła biegu. Albo wycofali się, albo po prostu doznali kolapsu układu krążenia i zostali wyjęci z wyścigu. Z tych co ukończyli WIĘKSZOŚĆ też po drodze utraciła przytomność albo z odwodnienia albo ze względów kardiologicznych, ale kontynuowała bieg. Jedna uczesniczka TRZY RAZY po drodze straciła przytomność, ale po ocuceniu kontynuowała i dotarła do mety.

Ukończyłem jako jeden z TYLKO TRZECH uczestników, którzy nie zemdleli po drodze, utrzymując cały czas przytomność mimo piekielnej gorączki i totalnego wyczerpania. Nie miałem też o dziwo problemów mięśniowych (skurczy), ani żołądkowych. Dotarłem bez większego szwanku, poza odnowioną kontuzją kolana (z którą musiałem się borykać przez jakieś 95km), ranami na stopach, między pośladkami i w paru innych miejscach, o któych nie chcecie wiedzieć, dwoma schodzącymi paznokciami u nóg, poparzeniami na nogach, przeciążonym kręgosłupem i bólem głowy, spowodowanym pewnie przebywaniem cały dzień w gorączce Sahary, pod jej nieubłagalnie palącym słońcem. W porównaniu do innych uczestników to naprawdę drobiazgi, może poza kolosalnymi odciskami/ranami na stopach, które obecnie nie pozwalają mi chodzić i ograniczają mój zasięg do zasięgu ręki wokół kanapy 😉

Oszczędzę wam widoku świeżych ran po wyścigu. Tu zdjęcie 3 dni później, jak się już troche podgoiły:

IMG_0544_small

Odcisków tych dostałem już po 20km i sam się dziś dziwię, jak byłem w stanie pokonać następne 91km mimo obłędnego bólu.

Na 32km kontuzja kolana sprawiła, że musiałem przejść na plan B, a jakieś 3,5 godziny przed końcem nie wyglądało na to, że zmieszczę się w limicie czasu, że wogóle mam szansę. Ale rozliczamy się na końcu 🙂 Never ever, ever, ever give up!

To było najbardziej traumatyczne doświadczenie w moim życiu, a jednak nie poddałem się.

Po drodze wypiłem jakieś 20 litrów wody i innych napoji, oraz zużyłem koło 12.000 kilokalorii.

Wśród ludzi, którzy się poddali był m.in. ten rekordzista Włoch, o którym pisałem wyżej, a także wielokrotna zwyciężyni siostrzanego biegu „100km del Sahara”.

Organizator Zitoway, który słynie z organizowania pustynnych ultramaratonów, opisuje ten bieg w retrospekcji jako najcięższy bieg, jaki zorganizowali.

Jestem dumny z tego, że z sukcesem stawiłem czoła temu wielkiemu dla mnie wyzwaniu, ale to co tam przeżyłem spędza mi nadal sen z powiek.

Ps. Ciekawa sytuacja wydarzyła się, kiedy organizatorzy zamówili tort u miejscowych francuskojęzycznych cukierników, dla uczczenia imprezy. Ciekawa, bo pokazuje, jak nasze założenia wpływają na to jak postrzegamy rzeczywistość. Ale najpierw zobacz ten tort:

small_IMG_0518

I co? Widzisz to?

Otóż na torcie napisane jest „Radosnej 111 rocznicy Sahara Ultra”. Poprostu cukiernicy nie mogli sobie wyobrazić, że liczba 111 w nazwie biegu Sahara Ultra 111 oznacza liczbę kilometrów do pokonania 😉 Notabene bieg odbył się poraz pierwszy.

Podziel się proszę Twoimi wrażeniami, obserwacjami, wnioskami. Zapraszam do komentarzy i pytań.

Chcesz poczytać więcej motywujących rzeczy? Zapisz się na “Follow blog Indywidualista.pl” (w menu po prawej stronie), by dostawać powiadomienia o nowych arykułach na skrzynkę e-mail.

Pamiętaj podzielić się tą historią z bliskimi i przyjaciółmi korzystając z poniższych linków:

Reklamy

8 myśli na temat “Sahara Ultra 111 – część 3: piekło nocą”

  1. …ja z opóżnieniem po artykule w GW. Zadko czytam teksty z ekranu, ale ten przeczytałam jak dobry kryminał. Podziwiam takich ludzi jak Ty, osiągnąć cel…jaki by on nie był to cudowne uczucie. Dałeś radę bo bardzo chciałeś…to takie proste!!! i…takie trudne;-) Coś się we mnie poruszyło, idę jutro do firmy z nowym nastawieniem;-)

    1. Piękne słowa Rabindranatha Tagore, dobitnie podkreślają ten niewiarygodny wyczyn.
      Marzenia są po to żeby je spełniać, a nie żeby tylko o nich rozmawiać.

  2. Rafael, wyczyn robi wrażenie i gratuluję Ci z całego serca. Ja patrzę na to inaczej. Nie mamy wojny na Boga, żeby walczyć o przetrwanie i robić takie rzeczy jak ta powyższa. Kiedy czytałam o apelu w Auschwitz, gdy to ludzie stali przez kilka dni w upale pod groźbą śmierci to mogę zrozumieć, ale nie Twój obłęd. Wybacz, że Ci nie pogratuluję tak jak powinnam, bo na to zasługujesz. Bo ja zastanawiam się nad inną kwestią, co chcesz sobie udowodnić. Że możesz? Tak możesz.. wszystko możesz jeśli tego chcesz i wcale nie potrzebujesz do tego tak ogromnego wysiłku. Gdzie Twoja własna świadomość ?

    1. Aniu! Dlugoby tlumaczyc. Najlepiej poczytaj moj anglojezyczny blog NoLimits.co zeby zrozumiec o co chodzi, albo chociaz obejrzyj moj TED talk:
      tedx.indywidualista.pl/

      Ps. Odważni nie żyją wiecznie, ostrożni nie żyją wcale.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s