Sahara Ultra 111 – część 2: droga przez piekło

saharaultra2Agonia zaczyna się na 32km. Palące słońce Sahary wyssało już chyba całą moją energię. Poranione od ostrych kamieni stopy drętwieją z bólu przy każdym stąpnięciu. Odnowiona kontuzja więzadła rzepki powoduje przenikliwy ból w kolanie i znacząco ogranicza jego ruchliwość, co nie pozwala mi dalej biec. Jestem u kresu sił. Co tu robić? Jeszcze 80km w takim stanie? Niemożliwe! Czysta rozpacz. To chyba koniec. Setki godzin treningu na marne. Czyżby cały ten trud był na nic?

Wystartowaliśmy koło 7:10 rano. Jest widno od godziny. Biegniemy z oazy Ksar Ghilane w poprzek Sahary do osady Douz. Samochodem po drogach jest 144km, w poprzek pustyni, po wydmach jest 111km. I rzeczywiście, zaraz za oazą zaczynają się wydmy. Na razie temperatura nie przekracza 20c, ale wzrasta z minuty na minutę wraz z wspinającym się po niebie słońcem. Wydmy wchodzą szybko w nogi. Tysiące małych piaskowych pagórków, zmian rytmu, twardości podłoża wymagają dużego wkładu siły a sypki piasek, w którym zapadam się szczególnie na podbiegach zabiera dużo energii. Specjalne pustynne stuptuty chronią mnie przed piaskiem. W ten sposób uniknę niepotrzebnych obtarć, odcisków między palcami, ale wierzyć w to, że na pustynnym ultramaratonie całkowicie uniknie się odcisków i schodzących paznokci to tak jak wierzyć w świętego mikołaja. Nie, ból i cierpienie jest nieuniknione i jakby już wliczone w rachunek…

DSC_0875_klein

I rzeczywiście około kilometra 15 zaczyna boleć mnie kolano. Trzy tygodnie temu wywróciłem się rozkwaszając oba kolana i obdzierając obie ręce. Rany zeszły, ale w lewym kolanie więzadło rzepki zostało w jakiś sposób uszkodzone, co utrudniało mi ostatnie tygodnie treningu. Niestety kontuzja ta nie zdążyła wykurować się do ultramaratonu i już teraz na poczatku daje o sobie znać. Na razie mogę biec, ale ból wzrasta z minuty na minutę.

Zaczyna być gorąco, zakładam więc specjalną czapkę pustynną z daszkiem i długim kołnierzem zakrywającym szyję.

Koło kilometra 20 przychodzi drugi obszar wyższych wydm, górek piaskowych. Pokonuję je dalej biegnąc, co kosztuje mnie dużo energii. To i doskwierające już słońce sprawia, że gotuję się we własnym pocie. Czuję opuszczające mnie siły.

sahara3

Od kilometra 25 zaczyna się falisty obszar wyższych wzniesień o mniej stromych podbiegach, usiany małymi wydmami (piaskowymi minigórkami 2-3m wysokości), między którymi rozciąga się piaszczyste podłoże pełne ostrych kamieni wielkości pięści. Biegnąc nie sposób stąpać między tymi kamieniami, siłą rzeczy trzeba biec po nich. Niestety nie mam do tego odpowiednich butów. Wychodziłem z założenia, że trasa będzie odpowiadać tej z „100km del Sahara”, siostrzenej etapowej imprezy, ale będzie po prostu w jednym kawałku. Tamtejsza trasa jest po piasku, bez ostrych kamieni. Niestety, organizatorzy musieli zmienić trasę, by ominąć zakazany obszar, zamknięty przez policję ze względu na burze piaskowe ostatnich dni. Mam buty z miękkimi podeszwami, dobre na piasek, ale tutaj czuję każdy kamień. Kwestia kilometrów i pojawiają się rany na podeszwach stóp. Czuję jak te kamienie ranią moje stopy przy każdym kroku. Przy każdym kroku poraża mnie ból i tak przez następne kilkadziesiąt kilometrów.

Ale prawdziwa agonia zaczyna się po 11tej na 32km. Palące słońce Sahary wyssało już chyba całą moją energię. Poranione od ostrych kamieni stopy drętwieją z bólu przy każdym stąpnięciu. Odnowiona kontuzja więzadła rzepki powoduje przenikliwy ból w kolanie i znacząco ogranicza jego ruchliwość, co nie pozwala mi dalej biec. Jestem u kresu sił. Co tu robić? Jeszcze 80km w takim stanie? Niemożliwe! Czysta rozpacz. To chyba koniec. Setki godzin treningu na marne. Czyżby cały ten trud był na nic?

Plan był, by przebiec, z krótkimi przerwami na punktach do stacji na kilometrze 70, gdzie będzie obiad. Tam odpocząć 20-3omin i w zależności od samopoczucia ułożyć dalszą strategię. Biegałem już 80km po górach. Biegałem treningowo do 60km w przygotowaniach. Ten plan wydawał się całkiem realistyczny. Jestem przerażony, że rzeczywistość Saharyjskiego piekła tak szybko go zrewidowała. Nie sądziłem, że będę musiał tak szybko porzucić mój „plan bitwy”.

Przechodzę do marszu. Pierwsza myśl: Dojdę do punktu na kilometrze 40 i tam powiem „koniec”. Po prostu niemożliwym jest by pokonać jeszcze 80km w takim stanie i po takim podłożu. Skończą się te męki, będę mógł usiąść, odpocząć w chłodzie, napić. Koniec tej udręki.

Dodatkowo dobija mnie fakt, że jedna walkerka mija mnie koło kilometra 34. Walkerka!?!?! Czyżbym był aż tak wolny? Nie mogę jej nawet dotrzymać kroku! (Później okazało się, że była najszybszą z kobiet i 4tą w ogólnej klasyfikacji wśród kobiet i mężczyzn). W tym momencie podejmuję decyzję, by się wycofać.

Żar leje się z nieba. Do ran na stopach i kontuzji w kolanie dochodzi ból kręgosłupa, widać mięśnie tułowia osłabione ogólnym wyczerpaniem nie trzymają tak dobrze. Jakiś nerw się zakleszczył na wysokości klatki piersiowej i bardzo utrudnia oddychanie. Czuję jakby kłucie w płucach przy każdym oddechu. Jeszcze tego brakowało! Przydałby się fizjoterapeuta. Może będzie na punkie i mnie naprostuje. Zresztą nieważne. Wycofam się, przecierpię do hotelu i tam się mną zajmą.

Mija kilometr, dwa, puls lekko spada. Włącza się logiczne myślenie. Czas oszacować straty i trzeźwo przeanalizować sytuację, jeśli trzeźwe myślenie jest wogóle możliwe w tej gorączce, w takim stanie fizycznym. Podsumujmy fakty: W tym momencie przebiegłem prawie 1/3 dystansu. Tempo w którym się poruszam jest poniżej tempa normowego, tzn. takiego, które pozwala na ukończenie biegu w limicie, ale biegnąc do tej pory wyrobiłem sobie jakieś 2 godziny zapasu czasu w stosunku do limitu, więc jeśli byłbym w stanie kontynuować tym tempem do końca, bez przerw to miałbym szansę zmieścić się w limicie czasu. Ale oznaczałoby to jeszcze 17 godzin mordęgi w tej agonii bez jakiejkolwiek gwarancji sukcesu, w sumie blisko 22 godzin piekielnych zmagań. Nie mogę sobie tego wyobrazić.

Jest koło 13tej, docieram do punktu na kilometrze 40. Nie ma fizjoterapeuty. Jest lekarz kardiolog. Mówię jej co jest, bardziej by usprawiedliwić to, że zaraz się poddam, niż żeby mi pomogła. Liczę w zasadzie, że ona powie: „W tym stanie nie możesz kontynuować.” Ona…oferuje mi silne środki przeciwbólowe. Odmawiam. Wolę cierpieć, ale wiedzieć co się ze mną dzieje, niż uszkodzić się na dobre. Dowiaduję się, że niektórzy już musieli być cuceni. W zasadzie chcę się wycofać, ale świadomość tego, ile czasu i potu włożyłem w przygotowania i myśl o tym, że ponownie będę musiał zainwestować setki godzin wysiłku, by znów podejść do tego wyzwania sprawia, że zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej świadomie zdecydować się na tę drogę krzyżową, ale mieć to raz na zawsze za sobą.

Stoję przed wyborem: A) zrezygnować tu i teraz i położyć kres tej mordędze, usiąść w chłodzie samochodu, napić się, odpocząć po 6 godzinach zmagań, albo B) zdecydować się na następne 16 godzin drogi przez piekło bez jakiejkolwiek gwarancji, że wogóle dotrę, a jeśli dotrę, że wogóle zmieszczę się w czasie.

Obecnie nie jestem w stanie dokonać tego wyboru. Ale po 2-3 minutach postoju na punkcie przychodzi mi do głowy: Myślę, że mimo tego żaru jestem w stanie kontynuować do kilometra 50 a tam się zobaczy co będzie. Przesuwam jakby decyzję na potem, przepisując sobie następną, około dwugodzinną dawkę tortur.

Przez najbliższe 3 godziny będzie największy upał. To jest nie do wytrzymania. Mój 2,5-litrowy zbiornik wody w plecaku muszę uzupełniać co godzinę. Idę po rozżarzonym piasku, słaniam się, zataczam, moje męki zdają się nie mieć końca. Nie wygląda to chyba najlepiej, bo co jakiś czas podjeżdża ktoś z drużyny organizacyjnej na quadzie i pyta się, czy wszystko ze mną ok. Robię dobrą minę do złej gry, ale cierpię niemiłosiernie. Kuśtykam, ledwo utrzymuję się na nogach.

Stwierdzam, że nawet zapas energetyków, jaki mam ze sobą nie starczyłby mi do punktu na 70km, gdzie będę mógł doładować pożywienie ze swojej torby. Byłbym zdany na to, co oferuje w odstępach 20km organizator, a to bardzo ryzykowna gra. W tym upale poruszam się jak mucha w smole, moje tempo spada. Nie jestem w stanie utrzymać tempa, jakie pozwoliłoby mi zmieścić się w limicie czasowym, zawsze brakuje 10-20 sekund na kilometr, pomnożone przez 70km to 10-20 minut, których zabraknie mi do limitu, a gdzie przerwy?

Decyzja stoi: na kilometrze 50 wycofam się.

Ale najpierw muszę się tam dostać. Włączam na mp3 jakieś wykłady motywacyjne, żeby odwrócić swą uwage od męczarni, jakie przechodzę. Byle do 50km, byleby się to jak najszybciej skończyło.

O dziwo motywacyjna tematyka kieruje moje myśli na inne tory. Przypomina mi się słynne powiedzenie Churchilla „If you are going through hell, keep going.” („Jeśli przechodzisz piekło, to nie zatrzymuj się!”) Jakże trafnie pasuje do tej sytuacji 😉 Pozwala mi to dotrzeć do kilometra 50. Jest po 15tej.

Zdecydowany zrezygnować dowiaduję się o szczegółach takiego posunięcia. „Zawieziecie mnie do hotelu teraz, czy musiałbym poczekać na którymś z punktów? Dostanę obiad? Macie klimatyzację w samochodzie?” itd. itp. Pytam się też, że jeśli kontynuowałbym i nie zmieścił się w limicie, to czy mimo to mi policzą czas i zaliczą, że ukończyłem. Milczenie. Nikt nie zaprzecza, szkoda liczyłem na to. Liczę na to, żeby mieć jakiś pretekst, by zrezygnować, ale organizatorzy mówią mi, że oni są tu po to, bym był szczęśliwy (jakby nie wiedzieli jak bardzo cierpię), żeby mi pomóc dotrzeć do mety, nawet jeśli będzie trwało to cały dzień i całą noc. Nie chcę tego nawet słuchać. Muszę to zakończyć tu i teraz.

Przyszła chwila, by powiedzieć „koniec”.

Zbieram w sobie odwagę, żeby to wyartykułować. W tej chwili przychodzą mi na myśl wszyscy Ci ludzie, którzy dziś trzymają za mnie kciuki, znajomi, przyjaciele, rodzina, którzy dopingowali mnie miesiącami w przygotowaniach i którzy dziś wspierają mnie moralnie, którzy wierzą we mnie, w siłę mojego ciała, w siłę mej woli. Jak mógłbym poddać się teraz? Jak mógłbym spojrzeć im w oczy? Przecież walczy się do końca, a ja przechodzę katorgi dopiero od jakiś 8 godzin, jeszcze 14 godzin do limitu czasu, mam dalej zapas, jeszcze wszystko jest możliwe. Przychodzi mi na myśl Darek Strychalski, z filmu „Zwycięzca” startujący w Badwater Ultramarthon, który biegnąc z niedowładem lewj połowy ciała, nawet jak już nie miał szans zmieścić się w limicie czasu, w dalszym ciągu walczył, do końca. Ja mam jeszcze szanse. Owszem, jestem u kresu sił, dosłownie padam, totalnie przegrzany, kuśtykam i przy każdym kroku poranione stopy drętwieją wręcz z bólu, a każdy oddech to kłucie w płucach, tracę z kilometra na kilometr w stosunku do czasu normowego, ale mam przecież jeszcze 14 godzin do końca limitu. Mam nawet jeszcze trochę zapasu, także 15to-godzinny cut-off time na 70km nie powinien być problemem. Może później będzie lepiej? Może po zapadnięciu wzroku upał zelżeje? Może będę mógł nawet trochę pobiec?

Dlaczego poddawać się już teraz? Przecież jeszcze mogę. Spróbuję jeszcze trochę. Idę dalej…

Gdzieś ostatnio przeczytałem, że sukces osiągają Ci, którzy nie poddają się i walczą doputy, dopóki go nie osiągną. Jakie to proste 😉

Kilometr 56. Jest przed 17tą, trochę jakby mniejszy upał. Nie sądziłem, że można być aż tak zmęczonym, ale zaczynam jaśniej myśleć. Stwierdzam, że połowę dystansu mam za sobą. Za 4 kilometry następny punkt posiłkowy a potem … lunch, może parę minut odpoczynku. Mój humor zaczyna się rozjaśniać. Postanawiam walczyć do końca, do 5tej rano (czyli jeszcze 12 godzin, w sumie 22 godziny), albo tyle ile będzie niezbędne, by dotrzeć do mety… albo paść walcząc.

Mój GPS wysiadł. Skończyła się bateria, którą przed biegiem swieżo naładowałem. Jest to specjalna wersja dla biegaczy długodystansowych, ale widać nie na tak długie dystanse. Byłem na to przygotowany. Mam drugi na kilometrze 70, ale nie byłem przygotowany na to, że dziś będę taki wolny. Do lunchu będę musiał mierzyć dystans orientując się po czasie a tempo szacować na oko.

Skończyły mi się nagrania motywacyjne. Postanawiam dokumentować moją gehennę na wideo. Tutaj filmiki nagrane na żywo:

Kilometr 60, punkt z wodą. Mówią mi, że obóz z lunchem przełożyli z kilometra 70 na 65. Tam go było łatwiej zbudować. To dobrze, szybciej się pożywię i odpocznę chwilkę. Wygląda na to, że napewno do niego dotrę, a i cut-off time nie będzie problemem. Przy okazji dowiaduję się o problemach kilku innych uczestników pod wpływem gorączki dnia: stracili przytomność albo doznali dehydracji i musieli dostać kroplówkę.

Przygotowuję się do nocy: czołówka (lampka) na czoło, z tyłu włączam mrugające światełko, żeby organizatorzy wogóle znaleźli mnie na trasie.

Zmrok zapada przed obozem z lunchem, koło 18:15. Mam ponad 11 godzin zmagań za sobą.

Ciąg dalszy piekła w następnym odcinku.

Podziel się proszę Twoimi wrażeniami, obserwacjami, wnioskami. Zapraszam do komentarzy i pytań.

Chcesz poczytać więcej motywujących rzeczy? Zapisz się na “Follow blog Indywidualista.pl” (w menu po prawej stronie), by dostawać powiadomienia o nowych arykułach na skrzynkę e-mail.

Pamiętaj podzielić się tą niebywałą historią z bliskimi i przyjaciółmi korzystając z poniższych linków:

8 myśli na temat “Sahara Ultra 111 – część 2: droga przez piekło”

  1. I can’t just imagine all this pain and all the feeligs, but it is truth. U’re the one of this amasing sahara 111 ultra winner. What’s gonna be more like this? Like nothig’s gonna worry or kill U anymore. It’s Your decision and happiness instantly. U’ve got it!

  2. Alex, to świetna robota! Czyta się z wiarą, że dasz radę i te opowieści nagrane to super pomysł. To nie jest porażka, bo idziesz, mimo wątpliwości i bólu. Nie wolno tracić nadziei – i to pokazujesz!

  3. Niewiarygodne i godne podziwu osiągnięcie, gratuluje. Tylko mam pytanie czy uporczywe pomijanie bólu i kontynuowanie biegu pomimo kontuzji nie spowoduje trwałej kontuzji/uszczerbku?

    1. Ktoś kiedyś powiedział: „Odważni nie żyją wiecznie, ale ostrożni nie żyją wcale”.
      Rany na stopach juz prawie zagojone. Paznokcie potrzebują dłużej, ale to żaden problem. Kolano nie boli przy chodzeniu. Od jutra zaczynam przebieżki. Zobaczymy jak będzie. Moim środkiem ostrożności było „nie” dla środków przeciwbólowych. W ten sposób coprawda cierpiałem bardziej, ale też mogłem lepiej ocenić, co dzieję się z moim ciałem. Kilku uczestników, pod wpływem środków znieczulających nie czuło pogarszającego się samopoczucia związanego np. z dehydracją albo kłopotami krążenieniowymi…nie czuli zbliżającej się zapaści, więc biegli aż padli. Mi dokładnie tego udało się uniknąć.

      Zasadniczo jest jedna zasada: Branie udziału w ultramaratonie bez wystarczającego przygotowania to okaleczanie siebie. Ja mimo kilku błędów wyposażeniowych i kontuzji byłem jednak wystarczająco przygotowany. Oczywiście podczas biegu z 1000 razy pytałem siebie co mogłem zrobić w przygotowaniach inaczej, lepiej, ale myślę, że każdy z uczestników zadawał sobie takie pytania. Wczoraj czytałem artykuł Floriana, kolegi z Niemiec, wielokrotnego ironmana, który ukończył jako czwarty, miał straszne kryzysy po 70km, powiązane z płaczem, strumieniami łez, głośnym łkaniem, a nawet kilkakrotnymi zapaściami powiązanymi z przejściową utratą świadomości. Po przybyciu na metę utracił przytomność prawdopodobnie ze względu na udar słoneczny. On także wielokrotnie zadawał sobie pytanie co mógł zrobić inaczej w przygotowaniu. Czy za mało trenował, czy za dużo, itp.itd.

      1. Popieram fakt niezażywania środków przeciwbólowych. Sam również ich nie zażywam nawet przy uporczywych bólach lub stanach chorobowych.

        Mój znajomy wystartował ze mną w biegu na „dychę”. Był w miarę przygotowany.
        Na piątym kilometrze patrzę na niego, a on cały blady i zielony na twarzy. Mówię mu żeby zluzował tempo. On zaparł się i mówi, że jest ciężko ale będzie walczył do końca.
        Na siódmym kilometrze dostał zapalenia mięśnia sercowego.

  4. Do tej pory nie rozumiałem jak można w celu osiągnięcia zwycięstwa rzucać na szalę swoje zdrowie i życie. Teraz, po zapoznaniu się bliżej z wysiłkami ultramaratończyków patrzę na to nieco inaczej. Sprinter biegnąc na 100-kę musi pokonać swoich przeciwników na bieżni, biegacze na dłuższych dystansach też pokonują swoich przeciwników. Ultramaratończyk nie pokonuje biegnących z nim przeciwników, ale pokonuje własne słabości, koncentruje się na własnym charakterze, ocenia własne możliwości. Nie zajmuje się innymi, a głównie sobą: dam radę czy nie, ile mój organizm fizycznie i psychicznie jeszcze wytrzyma. To utrwala charakter, potwierdza siłę woli i sprawdza własne możliwości.

  5. Nie czuję się w pozycji żeby cokolwiek komentować, wolałbym się coś od Ciebie nauczyć a najlepiej „zarazić” tym co Ty masz w głowie a może w sercu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s