Niesamowita historia Cliffa Younga

Co roku w Australii organizowany jest zabójczy bieg wytrzymałościowy o długości 875 km (osiemset siedemdziesiąt pięć kilometrów !!!) z Sydney do Melbourne. Mówi się o nim, że jest najbardziej wyczerpującym ze wszystkich ultramaratonów na świecie.

Dlaczego najbardziej wyczerpujący?

Bo najlepsi potrzebują 6-7 dni, by go przebiec.

Chyba tylko ludzie, którzy przebiegli kiedyś w swoim życiu morderczy dystans maratonu (42km), potrafią tak naprawdę wyobrazić sobie nierealną skalę tego australijskiego przedsięwzięcia. Jest tak hardkorowe, że tylko najlepsi na świecie atleci mają wystarczające jaja, by się go podjąć i robią to tylko po wieloletnim treningu, przygotowując się specjalnie do tego wyzwania. O ultramaratonie mówi się w wypadku biegów powyżej dystansu maratońskiego, o przechodzących ludzkie siły dystansach 5okm, 100km. Natomiast tu mamy do czynienia z 21-krotnym dystansem maratońskim. W takim wypadku o wiele bardziej poprawnym określeniem byłoby słowo „obłęd”.

Dla lepszego zrozumienia: biegacze, którzy zwykle biorą udział w tym ultramaratonie, mają poniżej 30 lat. Są u szczytu swojej wydolności, mają za sobą historię sportowych sukcesów, wyczynowe doświadczenie i głęboką ekspertyzę, są sponsorowani przez wielkie korporacje, wyposażające ich w najlepszy, najdroższy sprzęt.

Właśnie dlatego historia jaką przeczytasz,  jest tak niewiarygodna, ale jednak prawdziwa.

Ta niesamowita historia ma miejsce w roku 1983, kiedy podczas kolejnej edycji biegu Sydney-Melbourne ci właśnie topowi biegacze skonfrontowani są z niespodzianką. Przed startem pojawił się facet o nazwisku Cliff Young. Z początku nikt nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy myśleli, że jest jednym z wielu kibiców, przyglądających się przygotowaniom do startu tego morderczego biegu. W końcu miał 61 lat, był ubrany w kombinezon roboczy, a na swoich roboczych butach nosił kalosze.

Ale Cliff Young chciał wziąć udział w biegu. Kiedy podszedł do stolika, by odebrać swój numer, stało się jasne dla każdego, że ma zamiar przyłączyć się do 150-u światowej klasy atletów i biec. Wówczas jeszcze biegacze ci nie wiedzieli o innym zadziwiającym fakcie: jedynym trenerem Cliffa była jego 81-letnia matka.

Każdy myślał, że to żart, jakiś chwyt reklamowy, że facet się popisuje, pewnie prowokator, jakiś stary frustrat, który chce za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Ale prasa i media zainteresowały się nim i kiedy stanął w towarzystwie profesjonalnie wyposażonych biegaczy, kamera telewizyjna zrobiła zbliżenie na niego, uwypuklając kolosalny kontrast w stosunku do reszty grupy.

„Kim jesteś i co tu robisz?”

„Jestem Cliff Young. Jestem z dużego rancza za Melbourne, gdzie hodujemy owce i uprawiamy kartofle.”

„Naprawdę chcesz wziąć udział w tym wyścigu?”

„Tak”, przytaknął.

„Chyba zwariowałeś. Nie ma takiej możliwości, że go przebiegniesz.”

Ich powątpiewanie nie zaszokowało go, bez wahania udzielił tej zdumewiającej odpowiedzi:

„Tak, przebiegnę”, powiedział. „Wychowłem się na farmie, gdzie nie było nas stać na konie albo traktory i przez całe moje życie – aż do czasu, kiedy cztery lata temu zarobiliśmy w końcu trochę pieniędzy i kupiliśmy traktor – zawsze kiedy przyszły burze, musiałem wychodzić w pole, by zgonić owce. Mieliśmy 800 hektarów ziemi i 2.000 owiec. Nieraz musiałem za nimi ganiać przez dwa albo trzy dni. Trwało to bardzo długo, ale zawsze je w końcu dorwałem. Myślę, że mogę przebiec ten wyścig; to tylko dwa dni więcej. Pięć dni. Ganiałem za owcami przez trzy.”

Kiedy wyścig ruszył, profesjonaliści zostawili za sobą faceta w kaloszach. Tłum kibiców miał niezły ubaw, ponieważ facet nawet nie biegł poprawnie. Zamiast biec, jakby truchtał, powłócząc nogami jak amator.

Otóż 61-letni, bezzębny rolnik wystartował w ultramaratonie ze światową czołówką atletów. W całej Australii, ludzie oglądający relację telewizyjną na żywo modlili się, by ktoś powstrzymał tego wariata przed dalszym biegiem, bo każdy myślał, że umrze zanim nawet osiągnie półmetek.

Każdy z profesjonalnych atletów wiedział, że potrzeba około 7 dni na dobiegnięcie do mety, a żeby ukończyć wyścig żywym należy w nocy spać minimum 6 godzin, regenerując siły po morderczym wysiłku dnia, a resztę czasu wykorzystywać w jak największej części na bieg. Tak mówiła medycyna i wieloletnie doświadczenie fizjologów sportowych. Ale Cliff Young o tym nie wiedział!

Poranne wiadomości drugiego dnia wyścigu obdarowały widzów następną niespodzianką: Cliff Young był w dalszym ciągu w wyścigu i okazało się, że przez całą noc biegł aż do miasta Mittagong.

Najwyraźniej Cliff nie zatrzymał się po pierwszym dniu. Mimo że w dalszym ciągu był daleko za czołówką, po prostu biegł dalej. Nawet znalazł siłę i czas, by machać widzom stojącym przy trasie.

Kiedy dobiegł do Albury zapytano się go o jego taktykę na resztę wyścigu. Nie uwierzycie co odpowiedział! Odpowiedział, że po prostu ma zamiar biec tak długo, aż dobiegnie do mety, bez spania!

Biegł i biegł i biegł. Każdej nocy był coraz bliżej czołówki. W ciągu ostatniej nocy przegonił wszystkich światowej klasy atletów. Ostatniego dnia to on prowadził w wyścigu. Nie tylko dał radę przebiec morderczy wyścig Sydney-Melbourne w wieku 61 lat i nie umrzeć. Nie, ku zaskoczeniu widzów, to właśnie on wygrał ten wyścig, bijąc przy tym rekord czasowy o 9 godzin i stając się narodowym bohaterem! Australijczycy zakochali się w tym 61-letnim rolniku, który pojawił się znikąd, by pokonać najlepszych długodystansowców świata.

Przebiegł 875 kilometrów wyścigu w 5 dni, 15 godzin i 4 minut, nie wiedząc, że powinien spać w nocy. Powiedział, że podczas biegu wyobrażał sobie, że goni za owcami, by zdążyć przed nadchodzącą burzą.

Kiedy Cliff otrzymał $10.000 nagrody za zwycięstwo, powiedział, że nie wiedział, że jest jakaś nagroda i twierdził, że nie wystartował ze względu na pieniądze. Powiedział „W wyścigu biegnie jeszcze pięciu uczestników, którzy zresztą moim zdaniem są twardsi ode mnie” i dał każdemu z nich po $2.000, nie pozostawiając ani centa dla siebie. Ten czyn ujął serca całej Australii. Cliff był skromnym, zwykłym facetem, który podjął się wyjątkowego wyzwania i został narodową sensacją. Jeszcze w tym samym roku stworzono sześciodniowy ultramaraton, który nazwano jego imieniem.

Cliff był najstarszym człowiekiem w historii, który wygrał ultramaraton. Jego styl biegania został zaadoptowany przez współczesnych ultra-długodystansowców i nazywany Cliff-Young-Shuffle (styl powłóczący Cliffa Younga). Jest uznany za bardziej aerodynamiczny, wymagający mniejszego wkładu energii i lepiej pozwala chronić stawy i kości przed obrażeniami wynikającymi z przeciążenia. Przynajmniej trzech późniejszych zwycięzców biegu Sydney-Melbourne używało tego stylu, by odnieść zwycięstwo. Obecnie w tym biegu prawie nikt nie robi przerw na spanie. Aby wygrać ten wyścig, musisz biec jak Cliff Young, zarówno w dzień jak i w nocy.

Czy Cliff Young był indywidualistą?

Zdecydowanie tak!

Co sprawiło, że odniósł tak spektakularny sukces?

Dziecięca naiwność: „Przecież biegam za swoimi owcami nieraz przez trzy dni. Dwa-trzy dni więcej nie powinno być problemem”. Jak się później okazało, miał na myśli, że biega za owcami 3 dni non-stop, nie robiąc nawet przerwy na sen.

Zdrowa ignorancja: Cliff nie wiedział, że trzeba spać minimum po 6 godzin, żeby przeżyć ten morderczy bieg. On po prostu biegł, aż dobiegł do mety. Indywidualiści robią rzeczy których jeszcze nikt nie dokonał, nawet nie próbował dokonać, bo nie wiedzą, że są niemożliwe.

Niezłomna siła woli i wiara w siebie: Żadne negatywne komentarze prasy i śmiech widzów po starcie do wyścigu nie zdołały jej zmniejszyć.

Indywidualizm: Cliff nie wzorował się na najlepszych, nie starał się im dorównać, bo nie pokonałby najlepszych na świecie trzydziestolatków biegnąc ich sposobem. On po prostu wierzył w to, co wie i co potrafi by iść swoją drogą. I tylko w swój niekonwencjonal sposób mógł odnieść prawdziwie niepowtarzalny sukces, wynik na jakościowo całkowicie innym poziomie niż wszystko, co do tej pory zostało osiągnięte. Sukces tak wielki, że to na nim się później wzorowano.

Więcej

Dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się więcej o Cliffie polecam te filmiki:

Bardzo chętnie przeczytam w jaki sposób zainspirowała Cię niesamowita historia Cliffa Younga? Jakie przemyślenia masz na ten temat? Może zmotywowała Cię do jakichś postanowień, planów, czynów? Czekam na Twoje komentarze.

bitcoinPodoba Ci się ten artykuł?
Wesprzyj naszą działalność bitcoinem:
1Auz3zeGmJPX3aQgfq3MWDgeuKbzqpLs1W

 

 

Chcesz poczytać więcej takich motywujących historii? Zapisz się na „Follow blog Indywidualista.pl” (w menu po lewej stronie), by dostawać powiadomienia o nowych arykułach na skrzynkę e-mail.

Pamiętaj podzielić się tą niebywałą historią z bliskimi i przyjaciółmi:

35 myśli na temat “Niesamowita historia Cliffa Younga”

  1. Tak, siła woli jest bardzo ważna. Czasami porywamy się na rzeczy bardzo trudne i mordercze. Jednak, tak bardzo czegoś chcemy, że nie zwracamy uwagi na innych, którzy „pukają się w głowę” mówiąc, że zwariowaliśmy. Ja wiem, że jeśli czegoś bardzo pragniemy, to jesteśmy w stanie to osiągnąć. Oczywiście…przez samo „pragnienie” nie osiągniemy nic. Wszystko opiera się na naszej ciężkiej pracy. A jeśli do tego dodamy ogromną wiarę, to sukces murowany:)
    Czytając tę historię, uśmiechałam się, ponieważ niedawno, niektórym wokół mnie wydawało się, że ja oszalałam, że na pewno sama sobie nie poradzę. A jednak udało mi się…:) Zrobiłam coś, co na pierwszy rzut oka, wydawać by się mogło, niemożliwe do zrealizowania przez samotną kobietę. No i jestem dumna:)
    Niech historia Cliffa będzie dla Was przykładam, że naprawdę można:)
    A.

    1. Jak mawiają amerykanie: „no pain, no gain”. Jednak pamiętajmy, że osiągnięty cel wynagradza wszelkie wyrzeczenia i trudy, jakie musieliźmy znosić, by go osiagnąć. A czym większe nasze marzenie, tym więcej warto poświęcić w drodze do jego realizacji.

      1. „No Pain, No Glory” – napis na koszulce którą widziałem do kupienia na trasie 900 km pielgrzymki która prowadzi przez północno-środkową część Hiszpanii ze wschodu na zachód.
        Pod napisem nadrukowane stopy pełne plasterków i odcisków😀

  2. Ta niesamowita historia dowodzi, że siła walki, niezłomność, skromność i wiara w siebie jest drogą do sukcesu. Ponadto nie zawsze ważne jest to, co o nas myślą inni i jak nas postrzegają przez pryzmat zewnętrznych cech, ważne jest to, jacy jesteśmy w środku i jak pięknie sami potrafimy to pokazać:)

    1. NLP nazwałoby to źródłem motywacji: Czy mamy motywację zewnetrzną, to znaczy motywuje nas uznanie innych oraz poklask obserwatorów, opinia innych? Czy tez może nasza motywacja ma źródło wewnątrz nas, jakieś pragnienie, marzenie, wizję, która napędza nas dając nieludzką siłę w pokonywaniu przeszkód i sprawia, że potrafimy osiągnąć rzeczy niebywałe.

      1. Gdy przygotowywałem się do swojego pierwszego IRONMANA miałem motywację wewnętrzną. Wstawanie o 5:00 na treningi pływackie, kilka jednostek treningowych w ciągu 12-godzinnego dnia pracy, nie sprawiało mi większego kłopotu. Dziś, do wyznaczonych celów sportowych, dołączyłem wielką misję wybudowania domu. Jednakże cel ten jest stymulowany bardziej przez moją małżonkę niż przeze mnie samego. Czyli jest tym celem z kategorii zewnętrznych i co za tym idzie, wszystko posuwa się w ślimaczym tempie. Do każdego najmniejszego kroku związanego z budową muszę się mocno przymuszać. Zastanawiam się zatem czy istnieje metoda przetransformowania motywacji zewnętrznej na tą wewnętrzną?Czy może jest to tylko warunkowane przez wybór celu?
        Serdeczności, GJ

  3. Kiedyś, gdy pierwszy raz płynąłem żaglowcem, był problem z żaglem. Przed rejsem okazało się, że jest uszkodzony i trzeba go zabrać na ląd i wymienic na sprawny. Leżał zwinięty na dolnym pokładzie i trzeba było go wynieść po takiej pionowej drabince na górny pokład, zejść po wąskim trapie i zanieść kilkaset metrów do jakiegoś magazynku. Złapaliśmy się we czterech i próbowaliśmy coś z tym zrobić ale nie mogliśmy, był strasznie ciężki. Ledwo dawaliśmy radę go podnieść. W młodości czytałem książki Borharda którego opowieści mnie fascynowały i utkwiła mi w pamięci opowieść o połamanych przez autora handszpakach, dodatkowo miałem silnego kaca bo jechaliśmy przez pół polski i oczywiście w pociągu alkohol lał się strumieniami, więc byłem silnie poirytowany, że kapitan i bosman mają takie zachcianki i wybrali właśnie naszą wachtę. Każdy z chłopaków ciągnął w swoją stronę i był problem z synchronizacją. Wkurzony na maksa, z łupiącą głową kazałem spiepszać chłopakom, złapałem go sam, wniosłem po drabince, zniosłem po trapie i zaniosłem do magazynu. Nie wiedziałem ile waży ale kac/złość była tak wielka, że dotarło do mnie, że nie powinienem go nawet podnieść dopiero w magazynie. Zrozumiałem to dopiero gdy chcąc nie wypasć z roli Hulka Hogana złapałem drugi żagiel i zacząłem nieść go na statek. Myślałem że mi ściegna popękają ale chłopaki patrzyli wiec jakoś go doniosłem. Całe szczeście, tym razem mogłem zrzucić go z górnego pokładu bo nie pisałbym już tych słów😉. No ale bohaterem byłem(tylko w swoich oczach oczywiście bo przecież później okazało się że każdy dałby radę ale mu się nie chciało😉 ) Później się nad tym zastanawiałem, nie jestem duży, nic nie ćwiczę, w sumie stary ze mnie pryk tylko jakoś o tym nie pomyślałem. Jak byłem młody na obozach harcerskich popisywałem się nosząc sam namioty -beczki i dziesiątki ale to było z ćwierć wieku temu. Myślałem, że to to samo. Póżniej sie okazało że ten żagiel wazył 150-200 kilo, gdym o tym wiedział nidy bym tego nie zrobił. Dzieki nieświadomości, złości i oczywiście polskiemu kacowi jakoś do mnie to nie dotarło. Ale uczucie spełnienia szczeniackich marzeń (handszpaki ;)), pamięć tych spojrzeń załogi, jest bardzo miła.

  4. Niesamowita historia, potwierdzająca czystość zmysłów, bo SUKCES odnosi ten, kto nie myśli o sukcesie… Ale ten, kto pragnie realizacji swego pomysłu tak bardzo, że nie przejmuje się otaczającymi go hamulcami. Najciekawszym jednak przełomem uzyskania sukcesu są te osiągnięcia, które uzyskujemy z łatwością „wrodzoną”, wynikającą z wydobycia naszych umiejętności, niejako nieświadomie… Gdy nagle odkrywamy, że to co właśnie zrobiliśmy, to coś wielkiego! Niewielu jest takich ludzi, dlatego też są oni tak spektakularni i wzorować się na kimś takim, nieważne jaki już masz worek sukcesów, to najcudowniejsze wspacie dla Twych własnych działań! Wystarczy tylko zaczerpnąć od nich tej mocy i zobaczyć ją w sobie. Bo skoro on ją ma, ja też ją mam. Wszyscy ją mamy. Od jakiegoś czasu doświadczam tego w moim życiu, w którym istnieją realnie właśnie tacy ludzie, którzy inspirują mnie swą siłą, wewnętrznym szcześciem, niebanalną innością i indywidualizmem… na moje szczeście pojawiają się coraz cześciej i z różnych zakątków świata;)… A może dlatego włąsnie, że po prostu w to wierzę:-) …. ” We see the genius…”;)

    1. Życzę Ci wielu takich inspirujących ludzi wokół Ciebie.
      Zgodzę się, że sukces jest jedynie produktem pobocznym (żeby nie powiedziem „odpadowym”) wewnętrznego pragnienia samorealizacji tudzież realizacji swojego pomysłu, wizji, marzenia, ale jak mawiał Edison: „sukces to 10% inspiracji i 90% transpiracji”. Moim zdaniem elementem niezbędnym jest „wypracowanie” tego sukcesu, pokonanie wszelkich przeszkód stojących po drodze…

      Zauważmy, że historie wielkich ludzi to praktycznie pasma klęsk i porażek, walki z przeciwnościami losu, aż do momentu sukcesu…

      1. No tak, bo to ci którzy mają ODWAGĘ do tej „transpiracji „, to właśnie CI, którzy skazani są na sukces:)… i wtedy nieważne w jakiej rzeczywistości. Tu jeszcze nasuwa mi się inspirująco prosty przekaz, zasłyszany w ostatnim filme Ridleya Scotta, że ” wielkie rzeczy powstają zazwyczaj w skromnych warunkach” … To takie …ponadczasowe;), prawda? Ciekawe co na to Steve;)

    1. Sam jeszcze nie doszedłem do tego, czy tylko przyszedł tak na miejsce startu, czy też rzeczywiście wystartował w kaloszach. Cliff startował też w późniejszych edycjach tego biego. Film może być z roku 1984 albo 1985. Ciężko stwierdzić.

      1. Historia fajna choć nie jest prawdziwa. Young nie biegł w kaloszach. Już wcześniej startował w zawodach. No i spał. W sumie 12 godzin. To niewiele, ale jednak. Premią się wprawdzie podzielił, ale z partnerem treningowym, który biegu nie ukończył (Joe Record). No i taki był plan od samego początku, więc nagroda go nie zaskoczyła. Nie było też żadnej 150-osobowej grupy. Liczyła ona 11 osób razem z Cliffem Youngiem. Nie wyszedł na prowadzenie ostatniej nocy. Zrobił to już pierwszej nocy. Nikogo z uczestników to nie zdziwiło, bo znali Younga, a on nie krył swojej taktyki. Cliff Young przygotowywał się do tej imprezy przez kilka lat (zaczął gdy miał 57.), wcześniej próbował nawet pobić rekord świata na 1000 mil. Mama nie była jego trenerem. W zasadzie prawdą jest, tylko to, że Young wygrał, miał 61 lat, nie był zawodowcem i pokochała go Australia, bo chciała w nim widzieć gościa z Twojej historii, a gdy fakty nie pasują do rzeczywistości, tym gorzej dla faktów:) Z tym niespaniem to też było tak, że on zorientował się pierwszej nocy, gdy bardzo bolał go bark, że po dwóch godzinach snu poczuł się dobrze i nie potrzebuje aż 6-7 jak jego konkurenci, którzy z resztą nie byli tacy młodzi bo średnia wieku przekraczała 40 lat. Jeszcze co najmniej 2 osoby miały ponad 50.

  5. Cytując znaną reklamę „Impossible is nothing”. 857 km biegiem bez przerwy brzmi jak coś kompletnie nierealnego. Bieg przez 6 dni bez spania również. Wszyscy uważali, że to niemożliwe aż znalazł się ktoś kto o tym nie wiedział, i tego dokonał.

  6. Siła prostoty, czasami warto zapomnieć o tym, że jesteśmy ludźmi i o nakazach społecznych, po prostu wsłuchać się we własne ciało. Jemu nie zależało na opinii innych i to go nie krępowało, po prostu zrobił co postanowił. I nie zapominajmy, że biegał całe życie, organizm tak długo wystawiany na skrajne warunki przystosowuje się. Myślę, że był niesamowitym człowiekiem, niezłomnym i silnym w czystej postaci. a w dodatku skromnym. Myślę, że możemy mu tylko pozazdrościć takiego zdrowego podejścia do życia.

  7. Wielki szacun dla tego Pana, jednak jest tu błąd, Największą wytrzymałośc mają ludzie trochę po 30. najlepsze wyniki w maratonie osiągają ludzie w wieku 30-35 lat

  8. Znam zdarzenia z pogranicza cudu.Oto jadący Żukiem zimą najechał na pryzmę śniegu i samochód przewrócił się na przechodzącą kobietę.Był normalnym 30 paroletnim mężczyzną ale w stresie postawił Żuka na koła,nie mając za chwilę świadomości ,że to zrobił.

  9. Ciekawa historia.

    Wnioski tylko na koniec niektóre nie do końca pasują. Jeden wniosek że to „dziecinna naiwność” mu pozwoliła tak pobiec. A on dobiegł bo miał wieloletnie doświadczenie w bieganiu kilkudniowym, o czym wspomina. Więc to nie był jakiś przypadkowy gość, tylko bardzo doświadczony biegacz, mający na dodatek jak się okazało własną skuteczną technikę biegu.
    Tak samo brak snu podczas biegu, brał się z jego doświadczenia o którym wspomina, a nie z jakiejś „zdrowej ignorancji” że nie wiedział że trzeba spać. Nie miał czego ignorować poza co najwyżej sygnałami ciała.

  10. Proszę nie powielać głupot, on nie biegł w kaloszach, tylko w adidasach. Nic nie wiadomo też o podziale nagrody:

    1. jakkolwiek by nie biegl i w czymkolwiek , wygral ,osiagnal sukces czy od razu trzeba jakos go dyskredytowac ? sprobujcie sami
      co za polska maniera , ze zawsze trzeba pomniejszyc sukcesy innych

  11. Wszystko nt. nieświadomości ograniczeń TAK. Jednak porażające jest to, jak łatwo się pomija fakt, że ten człowiek miał za sobą około 40-50 lat systematycznego treningu prawdopodobnie codziennego. Więc fakt, że przebiegł pokazuje kondycję ciała TRENOWANEGO a osobną sprawą jest to, że NIEUWIERZYŁ w sugestie „specjalistów”.

    Fajna historia – Dzięki

  12. @Oskar Berezowski, który „wyprostował” nieco szczegóły tej historii – kilka drobiazgów i różnic w opowiadanej historii nie ma tu wielkiego znaczenia w ogólnej wymowie odniesienia założonego przez siebie zwyciestwa, nie używajac nawet słowa „sukces”. Mama czy nie mama, trampki czy inne buty nie umniejszają przesłania opowieści. A Oskara pozdrawiam

  13. Niech autor sprawdzi, czy Cliff pobił rekord o 9 czy o 12 godzin, bo na filmie, który wkleił jest ta druga liczba.

  14. Trafiłem na tą historię z powodu filmiku na YT Pana znajomego Jacka.

    Powiem tyle – GENIALNA HISTORIA!

    To się w głowie nie mieści jakie historie krążą po tym świecie. Niezwykle motywująca i pokazuje świetnie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wielki szacunek dla tego Pana.

    Powinno to dać do myślenia niektórym, że determinacja, siła woli, chęć to nasze główne osobiste atuty i posiada tak naprawdę je każdy. Tylko trzeba je znaleźć w umiejętny sposób.

  15. „Mieliśmy 2.000 arów ziemi i 2.000 owiec.”
    2 tys. arów to niewiele… To 20 ha. Mój wuj miał gospodarstwo 10 ha i 5-6 owiec. 1000 owiec na wujowym „ranchu” wyglądałoby jak tramwaj w godzinach szczytu. I nie było to wielkie rancho za Melbourne a zwykłe polskie gospodarstwo.
    Prawdopodobnie chodzi o „akr” – jednostkę używaną w krajach anglosaskich… Ponieważ 1 akr to 40 ar czyli „Młody” miał 80 000 ar-ów czyli 800 ha czyli 8 km2 czyli np. prostokąt 8km x 1 km. No, jest to kawałek gruntu.
    Jeśli tłumacz tego artykułu do innych przeliczeń (np. mili na km) podchodzi równie „rzetelnie” to artykuł można rozbić o kant czegoś cielistego. Mam nadzieję, że dalej jest lepiej…
    Pozdrawiam
    fizyk-teoretyk, biegacz-praktyk

    1 akr = 4046,8564224 metrów kwadratowych
    1 akr = 4840 jardów kwadratowych
    1 akr = 43560 stóp kwadratowych
    1 akr = 0,40468564224 hektara
    1 akr = 40,468564224 arów

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s